Recenzja: SPL Phonitor 2

Preambuła:

Firma Sound Performance Lab pochodzi z Niemiec i jej tradycje w produkcji sprzętu studyjnego audio sięgają ponad  30-tu lat.  Firma cieszy się dobrą opinią na rynku profesjonalnym, co wiem z pierwszej ręki od przyjaciół muzyków. W światku audiofilskim jej tradycje sięgają już tylko kilku lat. W zasadzie można by rzecz, że SPL nie jest specjalnie popularne w światku słuchawkowym. Debiutancką konstrukcją był wzmacniacz Phonitor, a w ślad za nim idący Auditor. Czyli ten sam wzmacniacz choć uszczuplony o funkcję słuchawkowej symulacji słuchania przez głośniki (crossfeed) oraz spakowany do bardziej kompaktowej, choć wciąż okazałej, obudowy.

800x600px-LL-8d6bd815_1140539112_auditor

źródło: SPL

Phonitora i Auditora stworzono głównie jako narzędzia do monitoringu słuchawkowego w studio. Jak pisałem, miało to miejsce kilka lat temu, kiedy to jeszcze typowo studyjne nauszniki miały po kilkaset Ohm. W nastepstwie takiej charakterystyki tych urządzęń obydwa modele nie były zbyt uniwersalne pośród pączkujących nisko-impedancyjnych, łatwo napędzalnych nauszników segmentu audiofilskiego oraz tych dedykowanych urządzeniom mobilnym. Do tej grupy trzeba też dodać modele ortodynamiczne, które choć są łase na miliampery (prąd) to ich impedancja nadal często pozostaje niska. Konkludując, wzmacniacze SPL grały świetnie, ale z ograniczoną grupą średnio i wysokoomowych słuchawek. Należy zaznaczyć, że model HD800 był w tej grupie i jest wielu miłośników tego duetu. Choć sam tego połączenia nie słyszałem,  fanem 800-tek nie jestem.

phonitor_front_1024

źródło: SPL

 

Rynek słuchawkowy jedna bardzo przyspieszył. Pojawił się dosłowny wysyp mnogiej ilości nauszników oraz wzmacniaczy. Na każdą kieszeń, w każdym kolorze, i w zasadzie każdy mógł znaleźć też funkcje dodatkowe danego wzmacniacza, które akurat były mu potrzebne. Ciągle jednak kluczowe pozostawało brzmienie, a ujmując ściślej jego brak, czyli pozostawanie przez wzmacniacz transparentnym. To oczywiście jest utopijnym marzeniem konstruktorów, bo taka natura rzeczy.  Każdy rzecz wprowadzona w obwód coś zabiera, dodaje, zmienia. Nawet najczystsze szkło część fotonów przepuszcza, a część odbija… Jeśli zatem nie da się zrobić sprzętu grającego w sposób absolutny, to można wybierać grupy cech, które są pożądane przez tę lub inną grupę odbiorców. Praca zawodowa w studio rządzi się innymi prawami niż słuchanie muzyki dla przyjemności. W pracy liczy się czas i efekt, w słuchaniu muzyki – bezkres czasu i subiektywny odbiór a do tego, najlepiej jeszcze, wsparty emocjami. Firma SPL osiągnęła wyżyny transparentności brzmienia. Dzięki doświadczeniu oraz autorsko opracowanej technologii magistrali 120V (bez katalogowych wzmacniaczy operacyjnych typu op-amp na pokładzie), dającej kolosalną wprost dynamikę (ok. 130 dB) Phonitor i Auditor grały i nadal grają u wielu użytkowników wspaniale. Marketing rządzi się jednak swoimi prawami i powstały nowe produkty oferujące lepszą funkcjonalność i lepiej zaadaptowane do słuchawek o praktycznie każdej impedancji. Owocem tych zmian są wzmacniacz Phonitor 2 i Phonitor Mini.

spl_phonitor_2

Phomitor-Mini-Front

źródło: SPL

Aktualnie nadciągają też nowe modele: Phonitor X oraz Phonitor E. Jak mniemam rdzeń  brzmieniowy będą mieć identyczny z Phonitorem 2. Mają jednak zostać uzupełnione o pokładowe przetworniki D/A (jako moduł upgrade). Nie liczyłbym tutaj na jakieś gratisy. Pełnowymiarowy przetwornik D/A od tego producenta kosztuje więcej niż Phonitor 2, zwie się Director. Więc ten upgrade pokładowy w kwocie 400€ który można będzie dokupić do Phonitora X musi mieć niestety jakość proporcjonalną do ceny…

Recenzja:

Phonitor 2 jest wzmacniaczem dużym. Można to usprawiedliwiać funkcją przedwzmacniacza na pokładzie i zbalansowaną topologią. Ale to i tak spory zawodnik w słuchawkowym świecie. Wykonanie jest niezłe. Choć nie tak dobre jak można się spodziewać po urządzeniu w tym przedziale cenowym. Czuć i widać optymalizację kosztową względem modelu 1. Pocieszający jest design i ogromna funkcjonalność, które oceniam wysoko. Potencjometry bardzo solidnie pracują. Przełączniki są stabilne. Do wszystkiego z przodu i z tyłu mamy wygodny dostęp.

IMG_8969

Środek urządzenia jest schludnie zaprojektowany. Wzmacniacz pracuje w klasie A, trzeba napisać, że lekko się nagrzewa i stąd pewnie takie rezerwy powietrza w środku. Budowa jest modułowa, umożliwiająca łatwy serwis – zapewne spadek po studyjno-estradowym rodowodzie gdzie wszystko musi był łatwe w naprawie. W mojej ocenie blachy obudowy są jednak za cienkie i zdarza im się pobrzękiwać. To mnie się nie podoba w Phonitorze 2. Oszczędności nie tam gdzie trzeba to znak czasów, i nie chcę wnikać w ten aspekt bo podnosi mi ciśnienie…

IMG_8967-1024x682

Wiedzy fachowej nie mam by pisać o jakości zastosowanych elementów, a jako audiofil nie będę się rozwodzić nad wyższością tych lub innych oporników lub kondensatorów. Im dłużej żyję i słucham tym bardziej widzę że to nie elementy grają a ich dopasowanie. A tutaj wszystko jest tak zgrane ze sobą, że efekt soniczny jest wyjątkowy, wyjątkowo bliski realizmowi. Znacznie ciekawszy niż patrzenie na to żółto-zielone wnętrze…

Brzmienie w kontekście moich doświadczeń i sprzętu towarzyszącego:

Cechą urządzeń wysokiej klasy jest to że tak jak wielcy ludzie (wielcy, nie znani), pomagają słabszym. Zacznę przewrotnie. Od połączeniu Phonitora 2 z budżetowymi gratami: doki Brainwavz ProAlpha (recenzja tutaj) oraz Creative Aurvana Live (recenzja wkrótce). Otóż o ile z wysokiej klasy nausznikami przenosimy się na Olimp kiedy podepniemy im lepszy wzmak i kable, o tyle z takimi mikrusami jak ProAlpha dochodzi się do wniosków wręcz przełomowych. Te dokanałowe słuchawki kosztują niewiele, używałem ich z telefonem i traktowałem z przymrużeniem oka, ot taki dźwięk na spacer. Aż tu, pewnego dnia podłączyłem je do opisywanego niemieckiego wzmacniacza. Jakże wielka radość pojawiła się na mojej twarzy. Jak kolosalna przemiana dopełniła się przed moimi oczami, a właściwie w moich uszach. Tutaj ponad 2 kilowy potwór za grube petrodolary, a tutaj pchełki za cenę 4 biletów do kina. Można by powiedzieć: strzelanie do wróbla z armaty. Tak wskazywałaby gminna opinia i demokratyczna logika (czyli uznanie za prawdę tego za czym jest więcej głosów) . Bezsens i strata czasu i inne srogie osądy mogą się tutaj pojawiać. Ale tutaj mamy audio. I tutaj jest inaczej.  Kto tu był ten wie jak jest. Wracając do meritum, brzmienie tych małych słuchawek rozwinęło skrzydła z Phonitorem. Nabrało ogłady, fortepian zaczął grać jak fortepian, a nie jak keyboard grający fortepian z próbek. Głosy zyskały realną fakturę. zdjecieBas zszedł niżej i pojawiła się jego właściwa ilość, taka realna, tworząca prawdziwy fundament, ale nie dominująca reszty. Przestrzeń się poszerzyła. Wszystko się wygładziło a jednocześnie zaczęło emanować lepszą mikro i makro-dynamiką. Głos nie był już tylko odtwarzany ale zaczynał mieć konkretne wznoszenie o opadanie. To niesamowite jak wiele mogą zyskać tak proste konstrukcje kiedy napędzić je porządnie. Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że nie zna swoich doków ten kto nie posłuchał ich na jakimkolwiek wzmacniaczu stacjonarnym dobrej klasy.

Przechodząc jednak do przetworników nausznych, wrażenia nas nie opuszczają. W odsłuchach pojawiało się 5 modeli do których nawiążę:

  • Beyerdynamic DT150
  • Beyerdynamic T1 Gen.2
  • Audeze LCD2 Fazor
  • FInal Audio Design Sonorus VI
  • Creative Aurvana Live

DT150 to słuchawki nieco kremowe w prezencji, z delikatnie wygaszoną górą. To zdecydowanie niemęczący typ grania. Choć trzeba sobie jasno napisać, że ten model przy słabym napędzeniu, niewystarczającej ilości mocy, staje się wręcz lekko mułowaty. Stają się wtedy DT150 słuchawkami z nieco dudniącym basem. Od dawna wiadomo, że najlepiej grają ze studyjnymi tranzystorami i ogólnie sprzętem możliwie transparentnym. Wtedy wraca do nich życie, rozdzielczość i dość dobra jak na zamkniętą konstrukcję, ładna szeroka scena. Jako słuchawki stworzone dla lektorów i wokalistów wspaniale prezentują wokal. Dla mnie to jedna z najlepszych słuchawkowych prezentacji wokalu w ogóle. Phonitor 2 wyciąga z tej konstrukcji to co najlepsze. Bas jest świetnie prowadzony. Kremowa stylistyka podtrzymana. Choć wokale nie są tak baśniowe jak z lampowym Espressivo od Feliks Audio, to jednak z Phonitorem mają prawdziwsze proporcje tonalne i lepszą perspektywę w całej prezentacji danej piosenki. Mocy mamy do dyspozycji sporo i każdy miliwat DT150 pożytkują należycie. Świetne połączenie. Granie studyjne ale niezwykle wciągające. Można być rzecz że to takie bardziej plastyczne studyjne granie.

Beyerdynamic T1 Gen.2 to nauszniki o spolaryzowanej opinii. Reprezentują  pełne rozwinięcie filozofii brzmieniowej tej firmy. Dźwięk estradowy ale z audiofilską ogładą. Wszystkie Tesle jako takie, kontynuują wyrazistość i żywiołowość serii DT, ale dodatkowo ją sublimują. Nowa linia daje więcej detalu, bardziej się na nim skupia. Mamy lepszą kontrolę dolnych zakresów, no i jak przystało na nowe droższe modele dedykowane audiofilom, świetne wykończenie i dobre materiały użyte przy ich produkcji. T1 Gen.2 to świetne nauszniki. Zrównoważone w prezentacji, ze wspaniałą holografią. Znakomita  jest też kontrola basu w nich. Jest w tym graniu coś bardzo pociągającego. Coś co wyraźnie odróżnia je od niższej jakościowo, nieco dyskotekowej w zakresie niższych tonów, prezentacji modeli takich jak na przykład wspomniane DT150 lub DT990. T1 są bardziej wyczynowe i trzeba o tym pamiętać. Dobrze napędzone wiele z siebie oddają, z tego swojego wyrafinowania i kultury. Napędzone słabo, okażą się męczące, szorstkie i zdecydowanie bez WOW. Jeśli jednak poświęcić im trochę uwagi, grają imponująco. Phonitor jest dla nich świetnym kompanem. Choć mówi się o tym, że T1 grają najlepiej z lampami to ja nie podzielam tego stwierdzenia w pełni. Uważam że poziom szczegółowości jaki oferują T1 oraz ich zdolność do skupiania na poszczególnych zjawiskach muzycznych, jest bardzo trudny do opanowania przez wzmacniacze lampowe powszechnie dostępne. Co innego jeśli są to konstrukcje absolutnie hajendowe. Wtedy nie wykluczam że T1 zagrają rewelacyjnie. Jeśli jednak ktoś myśli, że coś z stajni Schiit (np.: Lyr) lub podobne urządzenia, mogą tchnąć w T1 ten lampowy czar, to ja tutaj szczerze wątpię i odradzam takie podejście. Lepiej kupić dobry wydajny tranzystor, grający bardzo czysto. Wcale nie musi dodawać ciepła od siebie, wcale nie musi dopalać niskich tonów. T1 karmione dobrą rozdzielczością mają wystarczająco dużo ciepła w sobie. Ale sygnał musi być pierwszej próby. Inaczej klapa. Phonitor 2problemów z liniowością, czyli detalicznością nie ma. Jest świetnym towarzystwem dla T1. Wspaniale współpracują ze sobą. Mamy ogromny porządek na scenie, piękny bas i bardzo dobrze opanowaną wyższą średnicę bez popadania w skrzek lub twardość, co jest właśnie owocem złego wysterowywania T1. Mając na uszach ten zestaw czujemy piękno muzyki płynące z równowagi, melodyjności i rozdzielczości. Tutaj nie ma dosładzania T1, dogęszczania. Jest po prostu wzorcowa kontrola membran. Grają tak jak zostały zaprojektowane.

post-57268-0-28857900-1463645475

Audeze LCD2 Fazor, czyli niegdysiejszy prince of darkness. Nie wiem czy to określenie kiedykolwiek miało stuprocentowe przełożenie na rzeczywistość. Przynajmniej moje uszy w to wątpią. O.K. Audeze 2 grają ciemniej niż większość słuchawkowego otoczenia. Ten ich dźwięk jest bardziej wysycony i cięższy ale nie powiem żeby były to ciemne nauszniki. We wszystkich zestawach, w których ich słuchałem góra była przynajmniej zadowalająca. Lokalizacja przestrzeni, silnie związana z górą pasma, była też zawsze poprawna. Tak było też we współpracy z Phonitorem 2. Dźwięk był klarowny i dość wartki jak na tak duże przetworniki ortodynamiczne. Słuchało mi sie tego połączenia dobrze. Po pewnym czasie naszły mnie jednak przemyślania ,że Audeze wolą chyba wzmacniacze bardziej w stylu V, takie bardziej kontrastujące. Bardziej akcentujące dół i górę. Phonitor taki nie jest. On nie podciąga zakresów. Zakresowo jest obojętny. W to miejsce za to nie zabija dynamiki, nie ‚spilśnia’ dźwięków, nie zawęża sceny i nie tnie skrajów zakresu częstotliwości. Tutaj warto wspomnieć, że jak przystało na sprzęt najwyższej próby Phonitor został zaprojektowany i zbudowany tak aby przenosić pasmo aż do 100 kHz. Okazuje się, że choć wielu z nas nie słyszy już powyżej 16 kHz, to aby dźwięk nie miał zniekształceń, magistrala sygnału musi mieć aż tak duży zapas. Tę regułę stosują nawet lampowi konstruktorzy jak np. Andrzej Marków. Audeze to tak bardzo jednak nie dotyczy, bo one wysoko nie szybują z tą swoją górą więc i zniekształceń, najczęściej obecnych właśnie w górnych częściach pasma, tak bardzo nie czuć. Grają jednak z Phonitorem dość dobrze. Nie ma czary mary. Aby było więcej klubowego, zawiesistego klimatu, więcej gęstego słodkiego kamforowego dymu, to Audeze wolę ze wzmacniaczem Trilogy, tym droższym niestety. Jakoś tak bardziej do siebie pasują na moje ucho i chyba gdybym miał podawać co jest bardziej synergiczne to właśnie ten drugi zestaw bym wybrał.

Beneficjentem bezkresu góry z Phonitora 2 i jego krystalicznie czystej natury są natomiast Final Audio Design Sonorous VI. Och jak one fenomenalnie się z nim zgrywały. Sytuacja niemożliwa z poprzednią wersją Phonitora, który miał impedancję wyjścia słuchawkowego równą 7 Ohm. Teraz wersja 2 ma jedynie 0,18 Ohm. I z 8-mio omowymi Sonorousami nie ma problemu. Co więcej jest wręcz wybornie. Bas ma fenomenalne zejście i coś w rodzaju takiej autorytarności połączonej z bardzo lekkim zmiękczeniem. Bas którego chce się słuchać. Bas obecny zawsze w takiej ilości jak trzeba. Pięknie połączony ze średnicą. Sonorousy w mojej ocenie wybitnie polubiły się z Phonitorem. Czystość góry, jej bezkres, rozmach i żywiołowość są owocem tego niecodziennego połączenia.  Z jednej strony japońskie słuchawki z rynku hi-fi a z drugiej strony rzetelne studyjne granie. Mezalians? Absolutnie nie. Kto nie słuchał, powinien to zrobić. Dźwięk spektakularny, bliski, uporządkowany i romantyczny zarazem. Dwa przetworniki tego modelu słuchawek FAD robią swoje. Góra jest wyraźna, pięknie prowadzona.

Warto zaznaczyć, że ze względu na bardzo wysoką czułość tych konkretnych słuchawek, warto ustawić najniższy gain w Phonitorze. Uwaga numer dwa: Phonitor nie szumi, nie brumi, nie trzeszczy, nie szura. Jest absolutnie cichy. Cichy jak głaz, w każdym trybie pracy.

IMG_8992

Ostatnim z zawodników były Creative Aurvana Live, słuchawki żywa legenda. Spontaniczne granie za absolutnie niewygórowane pieniądze. Jeśli poświęci im się trochę serca, grają znacznie lepiej niż wersja fabryczna. Na pewno warto wymienić okablowanie. Ale o tym pewnie i tak każdy wie. Natomiast nie jest już takie oczywiste jaki wzmacniacz będzie dla nich dobru. Oczywiście to firma Creative. I ich słuchawki muszą grać nawet z dźwiękowej kartki pocztowej, ale my lubimy szukać dobrego dźwięku, prawda? Lubimy wyciskać z nauszników każdy gram potencjału który posiadają. CAL nadają się do tej zabawy. Warto posłuchać ich na wzmacniaczu stacjonarnym. Nawet takim podstawowym, ale z dobrym zasilaniem. To wybitnie dobre nauszniki, znakomicie obrazujące ludzki głos. Może nawet lepiej niż DT150, choć Beyery od nich droższe kilkukrotnie przecież. Jasne że CAL nie są rozwiązaniem wszystkich audiofilskich problemów. Trzeba zachować trzeźwe myślenie. Są super, ale mają sporo mankamentów. Wyczuwa się ogólną kompresję dźwięku, nieco maławą scenę i lekki bałaganik na tej scenie. Pozwalają jednak cieszyć się muzyką. A podłączone pod dobry tor, sprawiają nawet wrażenie konkurencji dla modeli z klasy średniej (czyli tej wycenianej na 1000 PLN-1500.00 PLN) samemu kosztując złotych 200.00. Są więc rodzynkiem. Membrany mają z biocelulozy, zrobione przez Fostera/Fostexa. A są to membrany z tej samej rodziny co Denony AH-D2000-7000, Fostexy TH600-900 i ostatnio słynne Audioquest NightHawki. Jasne, że CAL mają najskromniejsze wydanie tej biocelulozy ze wszystkich podanych powyżej modeli, ale ten materiał zawsze ma w sobie coś bardzo organicznego (poza nazwą). Coś co czyni dźwięk przyjemnym i dość naturalnym. Membrany bio-celulozowe oferują teoretycznie mniejsze zniekształcenia. CAL akurat mistrzem braku zniekształceń nie są.  Niemniej grają w sposób atrakcyjny i raczej zachęcający do słuchania niż odpychający. Phonitor gra z tymi nausznikami nieźle. Wokale mają ogromny czar, są blisko, na wyciągnięcie ręki. Mają wspaniałą fakturę. Coś co ulatnia się po podłączeniu no innych źródeł które mam obok takich jak bardzo udany wzmacniacz tranzystorowy na bazie projektu PKrecza, oraz dziurki z urządzeń typu Squeezebox Touch lub MacBook Air. Czyli w zasadzie urządzenia pod które były projektowane CAL. Tutaj znowu widzimy, że wzmacniacz słuchawkowy czyni spore przeobrażenie i podnosi całościowo jakość słuchania muzyki. Czy dla CAL musi to być aż tak poważny wzmacniacz. Na pewno nie. Ale one mają tę wyjątkową cechę, że ich styl można podciągnąć dobrym urządzeniem. A to partykularna cecha nauszników, które udały się konstruktorom.

IMG_9018

Na zakończenie:

Pisanie, że to wybitny wzmacniacz to banał. Ale takie są fakty. Wzmacniaczy wybitnych jest coraz więcej. Jeśli jednak szukamy też konkretnej funkcjonalności to Phonitor 2 jest godny polecenia. Ma 3 wejścia liniowe, pracuje w topologii zbalansowanej, wyjście na tylnej ściance może napędzać słuchawki w sposób zbalansowany, ma pilota, ma regulowany crossfeed, który działa efektywnie i jest dodatkiem urozmaicającym odsłuchy. No i wreszcie gra w sposób niezwykle szybki i dostojny zarazem. Dźwięk który płynie i tnie powietrze niczym brzytwa jednocześnie. Jest to czysta emanacji 130 dB dynamiki i o ile nie skaszanimy tego złym nagraniem lub marnymi nausznikami to sukces gwarantowany. Bo Phonitor 2 nic nie psuje sam z siebie i nie polepsza też nic na siłę. To ponad 2,5W mocy w ładnym opakowaniu przypominającym stylową stację krótkofalarską na Alasce…

Co mi się podoba w Phonitorze 2:

  • wszechstronność brzmieniowa i funkcjonalna
  • przejrzystość
  • precyzja prezentacji
  • melodyjność
  • dynamika
  • duża moc
  • wysoka kultura prezentacji
  • wygodna obsługa sekcji czołowej
  • design
  • brak jakichkolwiek oznak kompresji wysokich tonów
  • możliwość zestrojenia z dowolnym pilotem zdalnego sterowania w standardzie IR

Co mi się nie podoba w Phonitorze 2:

  • jest na polskie realia zbyt drogi
  • gain przełączany na spodzie urządzenia, a nie na płycie przedniej lub tylnej
  • lekko widoczna przy bliższym kontakcie optymalizacja kosztów produkcji obudowy
  • brak wyjścia zbalansowanego na froncie (jest z tyłu)
  • gniazdo sieciowe nie jest zbyt solidne, audiofilskie sieciówki wolą solidniejsze potraktowanie tego miejsca.

Dodatkowe wrażenia na temat opisywanego wzmacniacza dostępne do poczytania we wcześniejszej recenzji porównawczej tutaj

Dane techniczne producenta:

 https://spl.info/en/products/headphone-amplifier/phonitor-2/overview.html

3 myśli na temat “Recenzja: SPL Phonitor 2

    1. Nie obcowałem dłużej z Brystonem BHA1, ale z tego co pamiętam do grał od dosadniej. Chyba zaryzykowałbym, że nieco mniej melodyjnie a bardziej typowo tranzystorowo, choć z wysoką klasą.
      Myślę, że będzie okazja żebyś posłuchał Phonitora 2.

  1. Nie jestem fanem wzmacniaczy tranzystorowych. Phonitor jednak zyskał moją aprobatę-neutralne brzmienie, dobra dynamika i rozdzielczość. Jeśli można tak powiedzieć, dźwięk jest świetlisty, a jednocześnie góra nie wybija się. Jeden z nielicznych tranzystorów (jakich słuchałam, bo wiele odsłuchów z pewnością jeszcze przede mną), które nie zrażają suchością dźwięku. Warty uwagi.

Dodaj komentarz