Recenzja: Final Audio Design Sonorous VI

Moje spotkanie z marką Final Audio Design zaczęło się na warszawskim Audio Show w 2014 roku. Wówczas włożyłem na głowę model którego nazwy nie pamiętam i który wydał mi się wtedy niewygodny. W pokoju, w którym były eksponowane było ciasno i atmosfera nie sprzyjała odsłuchom. Wyszedłem z mieszanymi uczuciami. Dźwięk wydał mi się wówczas jasny a komfort nauszników mocno umiarkowany. Podczas kolejnej wystawy, rok później, Final Audio Design miało swoje własne stanowisko. Warunki odsłuchu były znacznie lepsze. Jak źródło był podłączony gramofon a wzmacniaczem był Divaldi. Słuchałem modeli Sonorous X, VIII i VI. I tym razem moje wrażenia były dalece bardziej pozytywne. Nie wiem czy zmieniły się moje upodobania czy wpływ miały okoliczności. Pobieżne odsłuchy mają to do siebie, że można przeszacować wrażenia. I albo uprzedzić się do danego produktu, albo popaść w przesadną euforię, która mija po czasie i zostawia gorycz rozczarowania. Na tle pozostałych ekspozycji słuchawkowych stanowisko FAD oceniłem jako jedno z najciekawszych, dając temu wyraz w postach dotyczących AS2015 na forum MP3Store. Drugim ex aequo co do emocji, w moim subiektywnym odczuciu, były stanowiska Lampizatora (który w trybie OTL bardzo dobrze podkręcał nieco szczupły bas słuchawek Beyerdynamica, nieco jednak gubiąc kontrolę przy nausznikach owy bas posiadający już w standardzie jak np.: Beyerdynamic DT150) oraz Orpheusza w wersji 1. Wracając do modeli Sonorous to pomimo rozbieżności w ich konstrukcji, można określić ten dźwięk mianem przekazu bardzo kompletnego, na wielu płaszczyznach. A jak to się ma w detalach opiszę poniżej, skupiając się na modelu VI.

 

IMG_8993

Budowa:

Słuchawki będące przedmiotem recenzji są bardzo solidnie wykonane. Wiele elementów jest zrobionych w stopach metali. Malowanie proszkowe gwarantuje trwałość. Słuchawki nie posiadają żadnych fragmentów, które zdradzały by niedokładność. Takich fragmentów, które są piętą achillesową modeli HiFiMan. Japońskie FAD posiada bardzo wysokie rygory precyzji i to widać w każdym milimetrze słuchawek tej firmy. Stylistycznie można je oceniać różnie. Ale pod względem wykonania i poczucia solidności w konstrukcji są w ścisłej czołówce. Trwałe materiały niosą za sobą dwie rzeczy koszt i wagę. O ile cena modelu VI jest według mnie bardzo dobra na tle konkurencji, o tyle waga jest powyżej średniej, i choć nawet podczas długich odsłuchów nie odczuwałem dyskomfortu, to byłoby po prostu lepiej gdyby ważyły mniej. Nie byłyby wtedy tak podatne na zsuwanie się przy bardziej dynamicznych ruchach głową. Budowę jednak oceniam całościowo bardzo dobrze, tym bardziej że jest to innowacyjne podejście do tematu polegające na połączeniu przetwornika dynamicznego z elektrostatycznym, przy zachowaniu cech użytkowych klasycznych słuchawek dynamicznych jedno-przetwornikowych, a zatem: wygody, konstrukcji zamkniętej i solidnego wykonania, co pozwala na normalne użytkowanie, a nie obchodzenie się jak przysłowiowa kura z jajkiem.

Brzmienie:

Podstawa brzmienia,czyli bas. Najniższe tony można traktować wielopłaszczyznowo. Czasami jest ich w słuchawkach dużo, czasami mają właściwą fakturę, rytm, czasem basu nie ma, czasem jest go za dużo i zamazuje resztę przekazu. W modelu VI bas jest zaznaczony. Nie ma to nic wspólnego z chmurą basu w Fostexach TH600 czy Denonach AH-D7100. W modelu VI bas jest jak tętno, które nadaje tempo całości, jest jak dyrygent. Prowadzi utwory ale wie kiedy się wycofać i ustąpić pola innym pasmom. Niemniej choć to całościowo słuchawki świetliste, to bas nie jest nigdy zbyt mizerny i blady. Na pewno zamknięcie konstrukcji pomaga w podkreśleniu roli najniższych częstotliwości. Ich rola w tych słuchawkach jest znakomicie obsadzona. Bas jest jednym z elementów, które pierwsze zwróciły moją uwagę i który momentalnie wzbudził moją sympatię. O ile Beyerdynamic T1 mają dla mnie znakomite prowadzenie rytmu, choć skupione bliżej 80-100Hz, o tyle Sonorous VI prowadzą ten rytm jeszcze lepiej i są bardziej obecne w rejonie 50-60Hz. Ten element jest zbawienny przy gorszych realizacjach gdzie podkręcenie basu w tym obszarze czyni je zwyczajnie łatwiej przyswajalnymi. Utwór Holy Drinker Stevena Wilsona brzmi świetnie. Wyczuwa się pulsowanie tego utworu i świetne kontury sekcji gitary basowej. Bas jest w tych nausznikach blisko nas, choć potrafi być bardzo przestrzenny i poza muzyką gitarową znakomicie wypada w utworach symfonicznych, które w pewnych aranżacjach potrafią chlusnąć wybitnie wspaniałymi niskimi tonami, na których to nie jeden system się wysypuje. Bo jak wiemy gitara basowa czy kontrabas solo, to jest wyzwanie umiarkowane. Ale kotły i trąby w orkiestrze to dopiero sprawdzian. Podobnie ma się historia z głosem ludzkim. I tym jak wypada wycyzelowany i podrasowany komputerowo głos gwiazdy pop, i o ile łatwiej go odtworzyć w sposób akceptowalny wobec arii operowej Marii Callas, której to zarejestrowany głos na sprzęcie poślednim wpadnie w rezonans i może nam zacząć nieprzyjemnie świdrować w uszach. O Sonorous VI możemy być spokojni, nie rozczarują w elektronicznym popie i zachwycają jednocześnie w muzyce akustycznej.

Średnica i wokale są bardzo nasycone. Głosy ludzkie są podawane raczej blisko. Bliżej niż w T1, może nawet zaryzykuję stwierdzenie, że z większą obecnością. Pasmo wokalne to element newralgiczny. VI-ki pomimo tego, że są słuchawkami dwuprzetwornikowymi, mają połączenie zakresów zszyte bardzo dobrze. Być może nawet lepiej niż Dharma Acoustics, których nie słuchałem długo, ale które wstępnie wydały mi się mieć przełom wyższej średnicy z górą, bardziej podkreślony i ocenie moich uszu powstający właśnie w wyniku częstotliwości cięcia. Ale tutaj jestem wstrzemięźliwy i nie traktuję tego jako zdania ostatecznego. Ostatecznie za to uważam, że w modelu VI przejście jest zestrojone świetnie. Instrumenty akustyczne mają brzmienie bardzo bliskie swojej rzeczywistej naturze. Nie słychać w paśmie dołków i braków które czyniły by na ten przykład skrzypce nieprzekonującymi. Jednocześnie model VI oferuje bardzo dobre pozycjonowanie w przestrzeni. Spektakl muzyczny jest otwarty i ciekawy.

 

IMG_8988

Wysokie tony z kolei przywołały mi wspomnienia o wysoko-skutecznych wstęgach. Tutaj czuć ogromną swobodę najwyższych tonów, ich nie wymuszoną pracę. Gładkość i wyrafinowanie. Zastosowanie drugiego przetworniki zaowocowało dobrym efektem sonicznym na polu wysokich częstotliwości. Dźwięk w tym zakresie jest swobodny, wyraźny, pełen detalu. Świetlisty ale nie szorstki. Kultura prezentacji wysokich częstotliwości to szerokie zagadnienie w słuchawkach. Są modele, które były u mnie i które właśnie przez ten jeden czynnik nie zyskiwały sobie mojej sympatii (np.:Fostex TH600). Są też modele które przez brak lub nierówność wyższych pasm okazywały się być zbyt zgaszone i mało barwne (Sennheiser HD 650). Oczywiście ktoś mógłby podnieść alarm, że to kwestia toru czy nawet samych kabli. Ja nie neguję ich wpływu, ale nie przeceniam też. Jeśli coś nam się nie podoba to żadne 1000 godzinne wygrzewanie ani żaden kabel tego nie zmienią tak diametralnie. Takie mam obserwacje. Choć sam dbam o wygrzewanie, przynajmniej w podstawowym zakresie, dając około 100h sprzętom stacjonarnym i około 200h słuchawkom, to nigdy nie zanotowałem jeszcze różnic diametralnie zmieniających efekt. I powiem więcej, jeśli coś nie wygrzane już Wam się podoba to potem będzie tylko lepiej. A jeśli na dzień dobry coś wzbudza obawy to potem Wasze zmysły będzie miały więcej do przepracowania przy adaptowaniu się do danego charakteru dźwięku. Sonorous VI przyjechały do mnie już wygrzane. I ich rozciągnięcie w obydwu kierunkach pasma zrobiło na mnie momentalnie wrażenie. Trzeba tutaj zaznaczyć że T1 gen.2-giej wypadają przy nich nieco ciemniej, spokojniej i bardziej w stronę AKG K812 się pochylając. Nie mają jednak VI-ki jasności przeeksponowanej. Nie jest to ten rodzaj blasku oślepiającego, który zniechęca do odsłuchu na wyższych poziomach głośności. Wysokie tony są bogate, kulturalne i dobrze zestrojone z resztą.

Ergonomia opisywanych nauszników była szeroko dyskutowana. Pojawiały się głosy o zbyt dużej wadze, zbyt dużym nacisku w płaszczyźnie horyzontalnej – między uszami. Oraz o zbyt małych padach.

 

IMG_8995

Porównania:

Po kilkuminutowym odsłuchu modelu VI od razu wyczułem podobieństwa do modelu Beyerdynamic T1 gen.2. Ten model Beyerdynamica to ich obecny flagowiec. Słuchawki najbardziej rozwinięte technologicznie, najbardziej też wygodne i grające w sposób widowiskowy, dla wielu utrzymane w jasnej stylistyce prezentacji, choć ja oceniam je jako wcale nie tak jasne na tle Sonorous VI. Modele te względem siebie maja się podobnie zatem tylko w kilku aspektach. Łączy je wspaniała szczegółowość, przestrzenność i znakomite wykonanie. O ile Beyerdynamic T1 gen.2 zachowują raczej chłodny dystans do dźwięku (nie mylić z barwą dźwięku) o tyle VI-ki są nieco bardziej żywiołowe. Potrafią się wręcz zagalopować w tej prezentacji i bywają nieco zbyt ekspansywne w tym swoim graniu. Model niemiecki jest bardziej zdyscyplinowany. Robi w bezpośrednim porównaniu mniejsze wrażenie, jednak na dłuższym dystansie trzyma bardzo wyrównany poziom ogólny, łeb w łeb z VI-kami, choć posiadając trochę wiekszą strategię dla całego muzycznego spektaklu. Brzmienie skrzypiec zależnie od utworu wolałem raz tutaj, raz tutaj. O ile skrzypce Itzhaka Perlmana w ścieżce z filmu Lista Schindlera na T1 gen.2 wypadają fenomenalnie, oddając niuanse pociągnięć smyka i wspaniały rezonans pudła, o tyle Instrumenty smyczkowe w ścieżce z filmu The Horse Whisperer skomponowanej przez Thomasa Newmana są barwniejsze i bardziej przejmujące na Sonorousach, zachowując na T1 gen.2 tylko poprawność (to i tak bardzo dobrze, bo bardzo wiele nauszników nie przechodzi zadowalająco tego testu). Warto dodać, że również bas jest odmienne odbierany przeze mnie w tych dwóch parach. Zamknięte słuchawki od japońskiego producenta lepiej prowadzą najniższe partie, a Beyery wyższy bas. Stąd całościowo dźwięk niemieckich słuchawek wydaje się być bardziej nasycony, gęsty, masywny, kiedy zaś model VI stawia bardziej na kontrasty.

Z kolei porównując się do amerykańskiej szkoły brzmienia reprezentowanej przez Audeze LCD2 Fazor, słuchawki od FAD okazują się praktycznie nieporównywalne. Tutaj mamy już kompletnie odmienne światy. Z jednej strony ciemny olejny obraz, pokryty werniksem i kurzem, piękny, dostojny i kojący w swej spoistości, a z drugiej strony żywą w kolorach akwarelę na podrysie wykonanym czarnym piórkiem. Stylistyki diametralnie różne i inaczej urzekające. Słuchanie jednych po drugich powodowało grymas w dwie strony ustępujący naturalnie po krótkim czasie, ale pokazujący, że szampana z winem się nie łączy. Wydaje mi się, że sam tor pod obydwa modele powinien być inaczej strojony. I jego przygotowanie dla jednego modelu powoduje słaby efekt dla drugiego. Tutaj dodam, że tor skonfigurowany dla T1 jest w pełni kompatybilny z modelem VI w moim odczuciu. Fani szkoły Audeze raczej nie polubią szkoły FAD, chyba że szukają wyraźnej odmiany. Sonorousy grają w sposób bardziej skrzący się – bliższy szelestliwości, choć daleki od natarczywości. Audeze są oleiste, kremowe, bardziej kameralne. Im dłużej je mam tym bardziej widzę jak świetne są w jazzie. I kto wie czy nie głównie tam jest ich miejsce podczas moich odsłuchów.

 

IMG_9012

Na zakończenie:

Sonorous VI to model wyjątkowy w lini FAD, jedyny i szczególny – jak powiedział mi przedstawiciel firmy Pan Nobumasa Mori. Z perspektywy odbiorcy zgadzam się co do tego, że są to nauszniki szczególne. Są innowacyjne i grają w ślad za tym w sposób wyróżniający się. Stylistyka tego brzmienia jest na wysokim poziomie, ale nadal oferuje konkretny smak. Blisko naturalności, ale tak nie do końca. Cnotą wielką jest ten naturalizm osiągnąć i przetrzeć mgłę tej słuchawkowej aury, jednak nikomu to skutecznie się nie udaje i ceny tutaj też nie czynią lekarstwa na ten problem. Nauszniki z przedziału cenowego Sonorous VI oferują bardzo dobre brzmienie. W zasadzie będące w stanie zaspokoić wielu wymagających użytkowników. Ci, którzy dysponują większym budżetem mogą walczyć o zbliżenie się do wspomnianego większego realizmu tej magicznej obiektywności, obecności i inspirującej prawdy przekazu, jednak koszta wtedy rosną absolutnie nieproporcjonalnie i jest to zabawa dla nielicznych zapaleńców. Ale trzeba pamiętać, że jest to wyścig bez końca. To tak, jakby wyobrazić sobie nieskończone dzielenie odcinka pomiędzy nami, a punktem docelowym. Przyjmując zasadę, że przybliżamy się do celu zawsze o połowę pozostałego dystansu i tak nigdy nie osiągniemy ‚świętego Graala’. Wracając do rzeczywistości, czasy na szczęście mamy takie, że wydając kwotę w okolicy średniej krajowej możemy otrzymać świetne słuchawki w kategoriach całkowitej satysfakcji, czyli dobrze grające i bardzo dobrze wykonane. Ta średnia krajowa kojarzy mi się z opowieściami o PRLu, na którego końcówkę, udało mi się załapać. Mówiono wówczas, że taki to a taki komponent audio (gramofon, wzmacniacz lub magnetofon) można było kupić właśnie za średnią kwotę wynagrodzenia w kraju. Do teraz uważam, że choć to sporo gotówki i można ją przeznaczyć na inne bardziej racjonalne potrzeby, to jednak ten przedział wydatków jest akceptowalny. A jednocześnie przedział ten oferuje obecnie na rynku wiele bardzo udanych modeli, wśród których Sonorous VI są jednym z moich faworytów (obok modelu T1 gen.2 i HD800s) oferując jakość zbliżoną, acz specyficzną na tle europejskiego stylu grania przetworników dynamicznych – odmienną i fascynująca zarazem. Taką delikatnie zaznaczoną na skrajach pasma choć bez najmniejszych braków na średnicy. Dlatego w tym miejscu szczerze zachęcam do ich wnikliwego odsłuchu.

IMG_8992  IMG_9004  IMG_8990

 

Zalety:

 

  • Bardzo dobra jakość wykonania
  • Precyzja tegoż wykonania
  • Dobre materiały
  • Dźwięk z rozmachem
  • Świetne tempo prezentacji sonicznej
  • Kompletność przekazu i zarazem jego obfitość
  • Precyzja prezentacji
  • Japońska stylistyka brzmienia w dobrym tego słowa znaczeniu
  • Dobre proporcje, ale bez nudy
  • Innowacyjność
  • Atrakcyjna cena jak na tę jakość
  • Dobra kontrola podzakresów
  • Angażujące i niemęczące jednocześnie
  • Jeden z liderów w swojej klasie cenowej
  • Odpinane przewody
  • Łatwo je wysterować z urządzeń mobilnych, choć skrzydła rozwijają na sprzęcie stacjonarnym
  • Made in Japan

Wady:

  • Mała ilość akcesoriów
  • Brak długiego (3m) przewodu w komplecie
  • Nieco ciężkawe
  • Nie są zbyt pobłażliwe wobec słabych nagrań, choć bywają jednak czasem wobec nich łaskawe.
  • Średnica wewnętrzna padów nie należy do największych
  • Wrażliwym na wysokie tony mogą w pewnych momentach wydać się zbyt pikantne

 

Cechy szczególne według Eardrummer.pl: 

Żywiołowość i rozmach

 

Próbka brzmienia Final Audio Design Sonorous VI

znajduję się w pasku bocznym eardrum|mer.pl

 

Strona producenta i parametry modelu:

http://final-audio-design.com/en/archives/1981

 

Orientacyjna cena:

3000.00 PLN

 

Słuchawki do do recenzji dostarczyła firma Fonnex

IMG_8991

IMG_9008

IMG_9003

 

 

 

11 myśli na temat “Recenzja: Final Audio Design Sonorous VI

  1. Dźwiękowo może i ciekawe, ale ergonomia dla mnie na dwóję…he,he.
    Jestem dosyć wymagający w tych sprawach,mam dużą głowę, i tutaj Pandory nie zdały egzaminu…Robione na mniejsze głowy, twardawe pady, mało głębokie pady, pocenie się uszu…brrr. Za takie pieniądze można oczekiwać sporo więcej..
    Takie Beyery T1, w podobnej cenie pokazują jak powinna wyglądać ergonomia w tej cenie…

  2. Bayery dużo wygodniejsze, to fakt! Dla mnie Sonorusy też trochę małe, ale grają bardzo dobrze.-To wystarczająca rekompensata. Scena trochę mniejsza niż w T1, ale wokale pełne …bardzo lubię!

  3. Polecam podpiecie Sonorusow VI do „Burson Conductor Virtuoso”. To najlepszy wzmacniacz , jakiego sluchalem do tych sluchawek ………….oraz do Audeze XC.
    Bryston BHA-1 zostanie sprzedany,a Burson zostaje!Polecam posluchac.Istna magia dzwieku.

    1. Postaram się posłuchać tego zestawienia. Chociaż z Phonitorem 2 model VI wypada rewelacyjnie i to najlepsze połączenie które słyszałem jednocześnie. Pomimo tego ,że Sonorousy są stworzone do urządzeń mobilnych, to bezdyskusyjnie pełnowymiarowy wzmacniacz daje im to tchnienie.

      1. Dla mnie to za dobre sluchawki, zeby chodzic z nimi gdzies po ulicy i sluchac. Zadne inne nie maja tego czegos w sobie. Ta lekkosc, powietrze i prawdziwy, realny przekaz instrumentow.
        Dobry wzmacniacz dodaje im skrzydel,a wtedy to juz naprawde lataja jak aniolki w niebie 🙂

        P.S: „Bursona Conductora Virtuoso posiadam od kilku dni i musze wam napisac, ze jestem pod wielkim wrazeniem i powinniscie go przy okazji posluchac. Do tego piekny „Pilot i Wyswietlacz” niebieski. Pilota czesto mi brakowalo lezac na fotelu przy odsluchach.

  4. Bardzo dobra recenzja! Wszystkim, dla których Sonorousy są małe/niewygodne, polecam zmianę padów na te od Shure 1540. Obecnie poszukuje dokanałówek o podobnym brzmieniu, będę wdzięczny za ew. sugestie.

    1. Podobny styl grania trudno uzyskać w dokanałówkach. Ale dokanałówki które zrobiły na mnie podobne wrażenie w sensie rozpiętości pasma i czytelności są niestety drogie. A były to Shure SE846, choć mają więcej nieco najniższego basu niż Sonorousy, a drugi model to Final Audio Design FI-BA-SS. Bardzo sprawne technicznie i czarujące jednocześnie. FI-BA-SS bardziej z romantycznym rozmachem, SE846 bardziej rzetelne w przekazie.

  5. Sonorusy VI dobrze zagrają też na ifi : idsd micro+iusb3.0+idefender razem z zasilaczem iPower+dobry program do odtwarzania muzyki w postaci Jriver media center 23. W tym zestawieniu należy pamiętać aby odpowiednio wszystko poustawiać,(poodcinać pętlę masy, w programie ustawić opcję ładowania zawartości odtwarzanego utworu do pamięci RAM). Zestaw taki daje wtedy w pełni neutralne analogowe brzmienie. W przypadku takich słuchawek jak Sonorusy VI nie powinno się mówić jak one grają, ale co potrafią. Są bardzo czułe na wszelkie nawet niewielkie zmiany w torze i z tego powodu mają dużą możliwość zmiany dźwięku na lepszy w miarę udoskonalania naszego toru odsłuchowego.

Dodaj komentarz